Polowanie w Himalajach

Polowanie w Himalajach

Widziane z gór/Katarzyna Mazurkiewicz
tekst opublikowany w magazynie „n.p.m” nr 10/2012,

Spotykam się na lotnisku z grupą. Przyglądamy się sobie nawzajem, w końcu spędzimy razem prawie miesiąc. Jedziemy na trekking w indyjskie Himalaje. Lecimy do Delhi, a potem powędrujemy przez góry Ladakhu i Zanskaru. Opowiadam o programie, pokazuję naszą trasę na mapie, mówię o lokalnych zwyczajach, o różnych tabu, odpowiadam na pytania. Jednym słowem, staram się być dobrym przewodnikiem.

Mimo że grupa jest nieduża, wiele rzeczy muszę powtarzać kilka razy, bo ludzie są pochłonięci fotografowaniem. Każdy ma przynajmniej jeden aparat, niektórzy dwa, nie licząc telefonu komórkowego lub iPoda. Niemal wszyscy fotografują wszystkich i wszystko. Od posiłku w samolocie począwszy, poprzez pokoje w hotelach, jaki na tle zachodzącego słońca, odwiedzane zabytki, kibel na dworcu autobusowym, górskie panoramy, świstaka wyglądającego z norki, scenki rodzajowe i portrety ludzi, przydrożny stragan, kolację w lokalnej knajpce i samego siebie na tle tego wszystkiego.
Osobną przemowę poświęcam fotografowaniu: żeby nie robić zdjęć ludziom bez ich zgody, że w klasztorach nie wolno używać fleszy, aby nie zniszczyć fresków, że są miejsca w klasztorach, gdzie nie wolno robić zdjęć, i trzeba to uszanować, że jak trafimy w klasztorze na modły, to trzeba zapytać, czy można robić zdjęcia (bez flesza!!!), że jak pójdziemy gdzieś w gości, to żeby od progu nie wyciągać aparatów i też zapytać o zgodę. Turyści przytakują, przynajmniej Ci, którzy akurat nie robią serii zdjęć małemu osiołkowi, który przystanął przy naszej knajpce.

Kilka dni później, wędrując przez góry, odwiedzamy stary buddyjski klaszor w Zanskarze. Już z daleka słychać modlitwy. Przed wejściem siedzi mnich i, kładąc palec na ustach, pokazuje nam, że możemy wejść do środka. Siadamy z boku pod ścianą. W mrocznym wnętrzu mnisi recytują swoje mantry, od czasu do czasu rozbrzmiewają dźwięki bębnów i trąb. Jeden z mnichów częstuje nas tybetańską herbatą z dodatkiem masła jaka i soli. Patrzymy i słuchamy. Nikt nie robi zdjęć, żeby nie przeszkadzać w modlitwie i nie popsuć nastroju. Z dumą myślę o tym, jak pięknie wytłumaczyłam turystom zasady taktownego fotografowania. Przymykam oczy, żeby lepiej wczuć się w monotonny rytm modlitw. Z błogostanu wybija mnie błysk flesza. Jeden z turystów, nie bacząc na to, że ma tylko szerokokątny obiektyw, który zabrał do fotografowania rozległych krajobrazów, bezceremonialnie próbuje zrobić w ciemnym wnętrzu portret. Przysuwa aparat niemal do twarzy modlącego się mnicha i włącza flesz. Syczę z wściekłością: „Wyłącz to, przeszkadzasz mu w modlitwie”. Patrzy na mnie zdziwiony i odpowiada: „Ale przecież jest ciemno, bez flesza nic nie wyjdzie”.

Po wyjściu znowu tłumaczę, że nie wypada przeszkadzać ludziom w modlitwach, że światło flesza niszczy freski, że jesteśmy tutaj gośćmi i żeby pytać ludzi o zgodę na zrobienie zdjęcia a nie polować w imię dobrych kadrów na ludzi jak na łowną zwierzynę.  Turyści słuchają ze zrozumieniem, oprócz tych którzy akurat fotografują dwóch małych, trochę zasmarkanych chłopców. Matka jednego z nich prosi o zapisanie adresu i przysłanie zdjęcia. “Yes, yes I will send you” – obiecuje turysta zapisując adres na małej karteczce.
Chwilę później kartkę unosi wiatr,  turysta macha ręką „ I tak nie dojdzie”. Uff… znowu tłumaczę, że obietnic się dotrzymuje, nawet jeśli nie zamierza się wrócić w to samo miejsce.

W kolejnym zwiedzanym klasztorze możemy fotografować wszystkie wnętrza oprócz Gonkhangu – świątyni bóstw opiekuńczych. Tajemnicze posągi z zakrytymi twarzami wyłaniają się z mroku. Jest trochę magicznie a trochę strasznie. Po wyjściu ktoś chwali się „strzałem z biodra” – „jak ten mnich się odwrócił to zrobiłem fotkę tych bóstw co to ich nie można fotografować.”
Aby nie wyjść na zrzędę wymyślam historię jak to kilka lat temu ktoś zrobił zdjęcie w świątyni tam gdzie był zakaz i najpierw mu zniknęły wszystkie zdjęcia z karty, potem mu się zepsuł aparat a w końcu on sam dostał okropnej biegunki. Kończąc historię mówię „jak nie chcesz to nie kasuj tego zdjęcia, ale mówię Ci on przez 3 dni z kibla nie wychodził”.  Opowieść zadziałała, turysta stwierdził, że zdjęcie jest nieostre i je usunął.

Następnego dnia przechodząc przez wioskę zatrzymujemy się w skromnym tea-shopie na lunch. Rozglądamy się  wokół czekając na zupę z makaronem. Staruszka o pomarszczonej twarzy wspina się mozolnie ścieżką prowadzącą w górę  wioski. Jest ubrana w tradycyjną gonczę – bordową szatę utkaną z wełny jaka.  Na głowie ma brązową wełnianą czapkę  przystrojoną pachnącym kwiatem dzikiej róży, na szyi  strojny naszyjnik  z turkusów, korali i pereł z magicznym kamieniem „zhi” pośrodku.  W wiosce jest  pusto i cicho. Kto tylko ma siły,  mimo upału pracuje na polu, pasie owce i jaki lub wędruje przez góry z końmi lub osiołkami, które dźwigają bagaże turystów.  Staruszka  mamrocząc pod nosem buddyjską mantrę „Om mani padme hum” i obraca  powoli  młynkiem modlitewnym.  Piękny widok… Zbyt piękny żeby go nie sfotografować. Jeden z turystów zauważa kobietę i nie pytając o zgodę wyciąga aparat żeby „upolować” dobry kadr, dołączają do niego inni. Zdecydowanym głosem mówię: – spytajcie czy można zrobić zdjęcie –  Ktoś się waha, ale reszta nie słucha, włączają aparaty, celują w stronę bezbronnej ofiary i  naciskają spusty migawek. Starsza pani ma jednak refleks – odwraca się na pięcie i znika za rogiem domu. Jeden z  turystów z wyrzutem mówi do mnie: przez Ciebie ta babcia  nam uciekła. Nie przyjmuje moich argumentów, że skoro babcia uciekła to znaczy, że może po prostu nie chciała zdjęcia. A może wystarczyło wykazać się większym taktem, zagadać, zapytać…

Coś tam jeszcze mruczę pod nosem, żeby pytać ludzi, że nie wypada bez ich zgody, żeby nie wszyscy naraz robili zdjęcie jednej osobie bo taki krąg z obiektywów nie jest komfortowy dla kogoś kto nie jest zawodowym modelem, że lepiej jest nawiązać kontakt przed zrobieniem zdjęcia bo będzie wtedy ciekawsze…. Nikt mnie nie słucha bo właśnie pasterze na koniach pędzą stado jaków wzbijających tumany kurzu i wszyscy robią zdjęcia.  Oczywiście też łapię za aparat  i dołączam do fotografujących.

Wieczorem siedzimy przy namiotach  i  przeglądamy zrobione w ciągu dnia zdjęcia. Od czasu do czasu słychać okrzyk : zobacz jakie mam świetne ujęcie. W zasadzie każdego najbardziej interesują jego własne zdjęcia i najbardziej się nimi zachwyca. A jeżeli jeszcze ktoś umieszcza zdjęcia na Facebooku  gdzie znajomi  bez względu na jakość zdjęć dodają komentarze w stylu: „cudowne! wspaniałe! rewelacja! czy nie myślałeś, żeby wydać album?” samozachwyt jest jeszcze większy.
Fotografia cyfrowa sprawiła, że fotografują teraz prawie wszyscy, lustrzankami, kompaktami, telefonami komórkowymi.  Wszystko, szybko, dużo  i często bez wyczucia jeśli chodzi o spotkanych po drodze ludzi.

Po latach podróżowania i  fotografowania stwierdziłam, że najważniejsze są zdjęcia, których się nie zrobiło. Kiedy działo się coś niezwykłego a czasem całkiem zwykłego związanego ze spotkanymi w drodze ludźmi  ale wyciągając aparat po prostu popsulibyśmy nastrój.  Mam kilkanaście takich zdjęć gdzieś po powiekami i  nikomu ich nie pokażę.  Spróbujcie kiedyś nie zrobić takiego zdjęcia – zobaczycie, że zapamiętacie tę chwilę,

—————————————————————

Katarzyna Mazurkiewicz od  prawie 20 lat pracuje jako  przewodnik trekkingowy (najchętniej w indyjskich Himalajach), razem z mężem Andrzejem fotografują, prezentują pokazy slajdów ze swoich podróży, organizują festiwal slajdów TERRA, prowadzą Agencję Podróżniczą Terra Incognita, są autorami książek o Himalajach. Katarzyna korzysta z Facebooka 🙂 więcej: www.terra.waw.pl

 

 

Komentowanie jest wyłączone